28 czerwca 2015

Podpisane faktury - co dają w sądzie?

Jakiś czas temu przybliżyłem kilka wskazówek (link), w jaki sposób można zabezpieczyć swoje interesy z niepewnymi kontrahentami. Jedną z rad było, aby kontrahenci podpisywali czytelnie faktury przez Ciebie wystawiane. Przybliżę tę kwestię, ponieważ dopilnowanie tego jednego podpisu może znacznie ułatwić i przyśpieszyć dochodzenie Twoich należności.


Faktura jest potwierdzeniem dokonanej czynności prawnej, najczęściej potwierdza zawarcie umowy sprzedaży lub wykonanie jakiejś usługi. W jej treści zawarte są bardzo istotne informacje - kto kupił, co kupił, od kogo i ile jest mu winien, a także kiedy ma nastąpić zapłata. Chociaż odchodzi się od obowiązku podpisywania faktur i co raz powszechniejsze są faktury elektroniczne, to jednak przed sądem największe znaczenie ma zwykła papierowa faktura podpisana przez odbiorcę, lub upoważnioną przez niego osobę. Dlatego właśnie bardzo ważne jest, żeby ten kto jest zobowiązany do zapłaty podpisał wystawioną przez Ciebie fakturę, ponieważ tym samym akceptuje wystawiony na jego nazwisko/firmę rachunek i uznaje swoje zobowiązanie.


Podpisane faktury ułatwiają ściąganie długów

Dochodzenie należności na drodze sądowej najczęściej odbywa się w postępowaniu upominawczym lub nakazowym. Postępowanie nakazowe jest najbardziej skuteczne, gdyż sam nakaz zapłaty, który jeszcze nie jest prawomocny uprawnia do przekazania sprawy komornikowi sądowemu, który może zabezpieczyć środki pieniężne czy ruchomości na poczet zapłaty długu przez dłużnika. Jednakże, żeby sąd mógł wydać nakaz zapłaty w postępowaniu nakazowym potrzebuje silnych argumentów powoda. Wierzytelność musi zostać udowodniona w sposób niebudzący wątpliwości sądu. Jednym z solidnych dowodów jest właśnie podpisana w czytelny sposób faktura przez dłużnika lub jego pracownika.


Ponadto, pozew w postępowaniu nakazowym jest znacznie tańszy niż w zwykłym trybie, bo kosztuje zaledwie 1/4 standardowej opłaty sądowej. Postępowanie to jest dość szybkie (oczywiście, to zależy od sądu), ponieważ nakazy mogą wydawać również referendarze sądowi.


Warto też gromadzić inne dokumenty podpisywane przez kontrahentów, np. potwierdzenia odbioru towaru czy chociażby podpisane zwrotki w przypadku wysyłania korespondencji za potwierdzeniem odbioru. Wszystko to jest śladem zaciągnięcia zobowiązania przez dłużnika i znacznie ułatwi dochodzenie Twoich należności.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

21 czerwca 2015

Pełnoletni uczeń może usprawiedliwić swoją nieobecność

Osiemnaste urodziny, to taka magiczna bariera, którą każdy chce przekroczyć, chociaż będąc już po drugiej stronie szybko się rozczarowuje. Niby nic się nie zmienia, a nagle okazuje się, że wszyscy coś od Ciebie chcą, pojawiają się jakieś nowe obowiązki i odpowiedzialność. Niby jest fajnie, bo już można alkohol kupić, prowadzić auto, ale zaraz pojawia się obowiązek płacenia podatków, trzeba zaraz szukać pracy, samemu zarabiać i sobie gotować. Nagle 100 złotych otrzymane na urodziny, które kiedyś były wielkimi kokosami staje się zwykłym papierkiem, który nie wystarczy nawet na jedną parę markowych butów. Na pewno jest jeden plus wejścia w dorosłość - możliwość usprawiedliwiania swojej nieobecności na zajęciach.


Zgodnie z art. 92 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, dziecko pod władzą rodzicielską pozostaje aż do uzyskania pełnoletności. Po przekroczeniu 18 roku życia, prawnie przestaje być od nich zależne i staje się samodzielne. Życiowo, wiadomo że pępowinę nie jest tak łatwo odciąć. Od tej chwili, dziecko dokonuje wszelkich czynności prawnych we własnym imieniu, gdyż ma pełną zdolność do czynności prawnych. Jeśli rodzic chce dokonać jakiejś czynności w imieniu swojego dziecka, potrzebne jest mu stosowne pełnomocnictwo. 

Pełnoletni uczeń sam może usprawiedliwić swoją nieobecność w szkole

Czy w takim razie, pełnoletni uczeń może sam usprawiedliwić swoją nieobecność na zajęciach w szkole? Tym razem odpowiedzi nie znajdziesz w żadnej ustawie, a powinieneś jej szukać w statucie szkoły, do której chodzisz. Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z dnia 21 maja 2001 r. w sprawie ramowych statutów publicznego przedszkola oraz publicznych szkół, w przypadku liceów ogólnokształcących, zastosowanie ma par. 19 załącznika nr 4, który stanowi:
1. Statut liceum określa prawa ucznia, z uwzględnieniem w szczególności praw zawartych w Konwencji o prawach dziecka, oraz tryb składania skarg w przypadku naruszenia praw ucznia.
2. Statut liceum określa obowiązki ucznia, z uwzględnieniem obowiązków w zakresie:
1) udziału w zajęciach edukacyjnych, przygotowywania się do nich oraz właściwego zachowania w ich trakcie,
2) usprawiedliwiania, w określonym terminie i formie, nieobecności na zajęciach edukacyjnych,
3) dbania o schludny wygląd oraz noszenia odpowiedniego stroju,
4) warunków korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych na terenie liceum,
5) właściwego zachowania wobec nauczycieli i innych pracowników liceum oraz pozostałych uczniów.
Do technikum zastosowanie ma par. 20 załącznika 5a, a do zawodówki par. 21 załącznika 5b. Szkoła decyduje w swoim statucie na jakich warunkach uczniowie mogą usprawiedliwiać swoją nieobecność na zajęciach, zatem warto zapoznać się z treścią tego aktu. Szczerze mówiąc, nigdy nie czytałem statutu swojej szkoły, a nie ma go w internecie, więc posłużę się dla przykładu statutem XXI Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Prusa w Łodzi, który zawiera następujące postanowienie:
Uczniowie pełnoletni sami usprawiedliwiają swoją nieobecność. Wychowawca klasy może usprawiedliwić tylko i wyłącznie te nieobecności, które są potwierdzone zaświadczeniem (zwolnieniem) od lekarza, z policji, straży, sądu itp.
Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

17 czerwca 2015

Kierowcy Ubera są pracownikami (?)

Precedensowe orzeczenie zostało wydane przez Komisję Pracy i Zatrudnienia stanu Kalifornia w USA w sprawie kierowcy zarabiającego przy użyciu aplikacji Uber. Komisja stwierdziła, że kierowca jeżdżący "dla" Ubera nie jest zleceniobiorcą, a pracownikiem. Jest to wyłom w dotychczasowej interpretacji stosunku prawnego łączącego kierowców z Uberem, ponieważ do tej pory nie byli uznawani za pracowników, a co najwyżej zleceniobiorców (ang. contractor). Jak podnosił pełnomocnik Ubera, aplikacja Uber działa w ten sposób, że jedynie kojarzy klienta-pasażera z kierowcą i zapewnia realizację przejazdu, wobec czego nie może być uznawana za pracodawcę.

Komisja stwierdziła jednak, że skoro Uber jest zaangażowany w każdy aspekt realizacji przez kierowcę zlecenia przewozu pasażera, począwszy od sprawdzenia kompetencji kierowcy, poprzez skojarzenie stron, aż do rozliczenia przejazdu i pobrania należnego dla siebie wynagrodzenia, to jest (w rozumieniu prawa stanu Kalifornia) jego pracodawcą. W związku z tym, "kierowcy-pracownikowi" należą się odpowiednie świadczenia pracownicze, w tym wynagrodzenie i benefity.

Orzeczenie to jest precedensowe i jak obie strony wskazują, zostało wydane na gruncie konkretnego stanu faktycznego, tak więc nie może być analogicznie stosowane do wszystkich kierowców Ubera. Jednakże, takie stanowisko może zapoczątkować nowe spojrzenie na sytuację prawną kierowców Ubera... zwłaszcza, że zostało wydane w bardzo nieodpowiednim czasie dla Ubera, ponieważ od pewnego czasu skupia on na sobie zainteresowanie organów kontroli prawnej państw Unii, które nieprzychylnie patrzą na sposób, w jaki Uber zarabia pieniądze na przewozie pasażerów. Korporacje taksówkarskie na pewno ucieszą się z przyjęcia takiej linii orzeczniczej.

Czy kierowca Ubera jest pracownikiem?

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

16 czerwca 2015

Ochrona wizerunku na imprezie

Jakiś czas temu przeczytałem wypowiedź pewnego fotografa imprez klubowych, który stwierdził mniej więcej, że jego praca może zniszczyć niejednemu człowiekowi życie. Strasznie mnie zaskoczyło takie stwierdzenie, ale gdy czasami przeglądam zdjęcia z różnych imprez klubowych, plenerowych lub prywatnych, to jednak nie sposób się zgodzić z taką tezą. Dużą popularnością cieszą się w Internecie kompilacje zdjęć z imprez, które przedstawiają pijanych, lub w innym dziwnym stanie ludzi w niezwykłych pozycjach, czy sytuacjach... Konsekwencje upublicznienia takiego zdjęcia, czy filmu mogą być nawet bardzo dramatyczne, bo jak wiadomo w Internecie nic nie ginie. Czy fotograf ma prawo do rozpowszechniania zdjęć, na których wyglądamy niekorzystnie? Czy można mu w tym prawnie przeszkodzić? To zależy od zdjęcia...

Jeśli chcesz być z prawem na bieżąco, polub Sprawnie.com na Facebook'u. 


Co do zasady, aby móc rozpowszechniać czyjś wizerunek, wymagana jest zgoda tej osoby. Jednak, zdjęcia z imprez publicznych najczęściej przedstawiają ogół ludzi bawiących się na takiej imprezie. Organizator publikując takie zdjęcia chce pokazać jak dużo ludzi przyszło na imprezę, jaką popularnością się cieszyła, a ludzie bawili się wyśmienicie. Często uczestnicy zabawy sami wrzucają np. na facebooka zdjęcia z imprezy. Czy w takich wypadkach również wymagana jest zgoda wszystkich osób uwidocznionych na zdjęciu?


Jak chroniony jest wizerunek podczas imprezy?
Wydaje się, że jedyną racjonalną odpowiedzią jest "nie", gdyż ciężko wyobrazić sobie, aby fotograf (zawodowy czy przypadkowy) prosił podczas zabawy każdą osobę ze zdjęcia o pozwolenie na jego rozpowszechnianie... Dlatego właśnie prawo przewiduje wyjątek, który zgodnie z art. 81 ust. 2 pkt 2 Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych stanowi, że:

Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku:
osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

W związku z tym, przystępując do udziału w jakiejś imprezie klubowej, plenerowej, czy nawet przechadzając się po mieście, jeżeli zostanie zrobione nam zdjęcie, na którym jesteśmy częścią planu i stanowimy jedynie nieznaczący element tego zdjęcia, to nie przysługuje nam prawna ochrona. Trafnie w tej kwestii wypowiedział się Sąd Apelacyjny w Łodzi w wyroku z dnia 6 października 2014 r. (sygn. sprawy I ACa 429/14), który stwierdził:
Osoba decydująca się na udział w publicznym zgromadzeniu nie tyle wyraża w sposób dorozumiany zgodę na upublicznienie jej wizerunku jako szczegółu całości, ale godzi się na to, że wizerunek taki może zostać rozpowszechniony w ramach publikacji całości bez jej zgody, dorozumianej czy nie - to nie ma w tym przypadku znaczenia, ponieważ zgoda taka nie jest wymagana na podstawie regulacji ustawowej.

Żeby sprawdzić, czy zdjęcie lub film mieści się w kategorii omawianego przepisu, można przeprowadzić taki test - jeśli Twój wizerunek stanowi jedynie element akcydentalny lub akcesoryjny przedstawionej całości, tzn. w razie usunięcia wizerunku nie zmieniłby się przedmiot i charakter przedstawionej całości, to wówczas wizerunek nie jest prawnie chroniony. Zdjęcie, czy film, z którego zostałbyś usunięty nie stracą na swojej wartości, gdyż dalej będą przedstawiały spójną całość, a więc znalazłeś się na zdjęciu przypadkowo i fotograf nie miał zamiaru upublicznić Twojego wizerunku.


Co więcej, pewnie nawet nie jesteś tego świadom, ale wchodząc do klubu, akceptujesz jego regulamin i wyrażasz zgodę na rozpowszechnianie swojego wizerunku. Przedstawiam jako przykład postanowienia regulaminu jednego z popularnych łódzkich klubów:
Wstęp na imprezę oznacza zgodę uczestnika na bezpłatne wykorzystanie jego wizerunku przez Organizatora dla celów marketingowych.
Osoby decydujące się na wejście do lokalu wyrażają zgodę na nieograniczone wykorzystanie, w jakiejkolwiek formie i na wszelkich polach swojego wizerunku.

W takim wypadku wydaje się, że jesteśmy skazani na empatię i poczucie dobrego smaku fotografów oraz osób prowadzących profile klubów, czy innych miejsc rozrywek, którzy decydują o tym, co umieścić w Internecie. W końcu im też powinno zależeć, aby dbać o renomę swojego miejsca i nie pokazywać gości, którzy renomę taką mogą naruszyć. 


Moim zdaniem, jest jednak pewna instytucja prawna, która pozwoliłaby na ochronę prawną naszego wizerunku, gdyby ten został rozpowszechniany i postawił nas w niekorzystnym świetle. Wizerunek każdego z nas jest dobrem osobistym, czyli pewną wartością ludzką, która zasługuje na szczególną ochronę prawną i poszanowanie. W niektórych okolicznościach, osoba uwieczniona, której wizerunek został rozpowszechniony, mogłaby się domagać ochrony swojego wizerunku.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

4 czerwca 2015

Co może powiatowy (miejski) rzecznik konsumentów?

Powiatowy, lub miejski rzecznik konsumentów to osoba, która ma dbać o to, aby prawa konsumentów były przestrzegane na poziomie powiatu/miasta na prawach powiatu. Zadania, do których wykonywania został powołany oraz broń, którą może się posługiwać (prawną broń oczywiście) regulują przepisy Ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Czy rzecznik konsumentów jest gwarantem praw konsumenckich i straszakiem na nieuczciwych przedsiębiorców? Moim zdaniem - nie za bardzo, gdyż jego uprawnienia nie są zbyt daleko idące.
Czy rzecznik konsumentów może pomóc w sporze ze sprzedawcą?

Przede wszystkim, rzecznik konsumentów wybierany jest przez starostę (względnie prezydenta miasta), który nawiązuje z nim stosunek pracy. Wobec tego, funkcja rzecznika nie jest niezależna i może być podatna na polityczne wpływy. Rzecznikiem konsumentów może być osoba posiadająca wyższe wykształcenie, w szczególności prawnicze lub ekonomiczne, i co najmniej pięcioletnią praktykę zawodową, a więc nie musi to być osoba o szczególnych kompetencjach i wiedzy z zakresu prawa konsumenckiego, czy cywilnego lub gospodarczego.


Zgodnie z ustawą, do zadań i obowiązków rzecznika konsumentów należy:
1) zapewnienie bezpłatnego poradnictwa konsumenckiego i informacji prawnej w zakresie ochrony interesów konsumentów;
2) składanie wniosków w sprawie stanowienia i zmiany przepisów prawa miejscowego w zakresie ochrony interesów konsumentów;
3) występowanie do przedsiębiorców w sprawach ochrony praw i interesów konsumentów;
4) współdziałanie z właściwymi miejscowo delegaturami Urzędu (UOKiK - mój przyp.), organami Inspekcji Handlowej oraz organizacjami konsumenckimi;
5) wykonywanie innych zadań określonych w ustawie lub w przepisach odrębnych.
Jak z powyższego wynika, rzecznik ma za zadanie udzielać porad prawnych w zakresie prawa konsumenckiego, może wpływać na stanowienie lokalnego prawa konsumenckiego, interweniować u przedsiębiorców w sprawach konsumenckich oraz współdziałać z innymi organami powołanymi do kontroli przedsiębiorców. W zakresie ostatnich dwóch punktów, rzecznik może w szczególności przekazywać informacje zebrane w toku swojej pracy innym organom, co może zainicjować kontrolę np. Inspekcji Handlowej u danego przedsiębiorcy. Taka kontrola może przysporzyć sporo problemów oraz skończyć się karą finansową.


Przedsiębiorcy działający w obrocie B2C mogą spotkać się z interwencją rzecznika konsumentów, kiedy ich klient zawiadomi o nieprawidłowościach zaistniałych w związku z dokonaniem zakupu w ich sklepie. Może zdarzyć się, że rzecznik wystosuje pismo, w którym zobowiąże do udzielenia przez sprzedawcę wyjaśnień, dlaczego postąpił w określony sposób, czy ustosunkowania do jego opinii. Czy rzecznik może wpłynąć na decyzje przedsiębiorcy, przymusić go do wykonania jakichś czynności lub nałożyć na niego karę finansową? Nie może. Dlatego właśnie, moim zdaniem, możliwości rzecznika są dość ograniczone, jeśli chodzi o kontrolę przedsiębiorców. Jedyna dotkliwość, jaka może spotkać przedsiębiorcę, to nałożenie na niego karę grzywny w wysokości co najmniej 2.000 złotych, w przypadku gdy przedsiębiorca naruszy obowiązek udzielenia rzecznikowi konsumentów wyjaśnień i informacji będących przedmiotem wystąpienia rzecznika lub obowiązek ustosunkowania się do jego uwag i opinii. Grzywnę nakłada sąd, i co ciekawe, z wnioskiem o ukaranie nie może wystąpić sam rzecznik, tylko Policja...


Jest jednak pewna broń, którą rzecznik może się posługiwać i skutecznie zwalczać nieuczciwych sprzedawców:
Art. 42 ust. 2. Rzecznik konsumentów może w szczególności wytaczać powództwa na rzecz konsumentów oraz wstępować, za ich zgodą, do toczącego się postępowania w sprawach o ochronę interesów konsumentów.
Szczerze mówiąc, nie słyszałem, żeby rzecznicy chętnie korzystali z tego uprawnienia i garnęli się z powództwami na rzecz konsumentów. Chociażby w sprawie polisolokat, kiedy konsumenci występujący przeciwko bankom z pozwami zbiorowymi szukali rzecznika, który w ich imieniu wniósłby powództwo, udało im się namówić dosłownie paru rzeczników w skali całego kraju. Sytuacja była dość dramatyczna, ponieważ opłata sądowa od takiego pozwu to są tysiące złotych, podczas gdy rzecznik konsumentów zwolniony jest od obowiązku uiszczenia opłaty sądowej. W roku 2013 rzecznicy konsumentów wnieśli 4317 pozwów, przy czym było ich zatrudnionych ok. 350. Wychodzi mniej więcej jeden pozew miesięcznie na jednego rzecznika.Czy to dużo, czy to mało?

Przedsiębiorcy nie boją się rzeczników konsumentów

Najwięcej pracy rzecznicy wykonują poprzez udzielanie porad, gdyż łódzka delegatura udzieliła 32 342 porady i informacje, a w skali całego kraju rzecznicy udzielili ich 443 356. Następnym najefektywniejszym polem są wystąpienia do przedsiębiorców w sprawach ochrony praw i interesów konsumentów. Delegatura łódzka występowała do przedsiębiorców 6 901 razy, a w skali kraju wystąpień było 62 270.


Wydaje się, że sami rzecznicy zdają sobie sprawę ze swojego nie najlepszego przygotowania do pełnienia funkcji, skoro "w swoich sprawozdaniach wskazywali na konieczność zwiększenia efektywności ich pracy poprzez kadrowe i finansowe wzmocnienie instytucji Rzecznika, systematyczne organizowanie szkoleń, seminariów i konferencji poświęconych ochronie konsumentów, podnoszenie kwalifikacji zawodowych oraz stałą współpracę i wymianę doświadczeń z organizacjami konsumenckimi" (cytat pochodzi ze sprawozdania pt. "Działania Powiatowych (Miejskich) Rzeczników Konsumentów w roku 2013").


Osobiście uważam, że rzecznicy mogliby mieć skuteczniejsze narzędzia do sprawowania nadzoru nad obrotem konsumenckim. Wówczas, odciążone zostałyby sądy, a wiele spraw mogłoby zakończyć się polubownie, ewentualnie mandatem czy grzywną. Przyznam się, że sam wielokrotnie korzystałem z porad rzecznika konsumentów lub Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, parę razy nawet pomogli.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

27 maja 2015

Komornik sądowy zajmie wszystko, co w rodzinie

Od niedawna popularnym i głośnym w mediach tematem jest egzekucja ruchomości przez komorników sądowych. Skrzywdzeni przez komorników dłużnicy oraz ich rodzina lub najbliżsi, poszukując sprawiedliwości zwracają się do gazet, telewizji, które czując misję niesienia prawdy i ochrony słabszych stają w ich obronie. Najczęściej schemat historii jest podobny. Mamy dłużnika przeciwko któremu prowadzona jest egzekucja sądowa. Komornik udaje się na czynności terenowe do miejsca zamieszkania dłużnika i nie zastając go na miejscu (albo nawet w jego obecności!), bezczelnie zajmuje wszystko, co wpadnie mu w łapska, np. samochód żony, konsolę do gier syna, lokówkę córki, akwarium z rybkami teściowej... i tak dalej. Czy działa bezprawnie?

Jeśli chcesz być z prawem na bieżąco, polub Sprawnie.com na Facebook'u.  
 
Komornik może zabrać wszystko, co jest w rodzinie dłużnika

Pozostawiam kwestię obiektywności, rzetelności i znajomości prawa przez media na boku, aby przejść od razu do meritum, czyli odpowiedzi na pytanie, co może zająć komornik w sytuacji, której dłużnikiem jest członek rodziny zamieszkujący razem z nią pod jednym dachem. Egzekucja jest prowadzona przeciwko jednej osobie, zgodnie zresztą z tytułem wykonawczym. Dlaczego więc komornik sięga po rzeczy, które nie należą do dłużnika?


Odpowiedzią jest art. 845 §  2 Kodeksu postępowania cywilnego, który w zdaniu pierwszym stanowi:
Zająć można ruchomości dłużnika będące bądź w jego władaniu, bądź we władaniu samego wierzyciela, który do nich skierował egzekucję.
Komornik może zająć wszelkie ruchomości, które są we władaniu dłużnika. Zatem, dłużnik nie musi być ich właścicielem, wystarczy że tymi rzeczami włada. Zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia 15 lutego 1991 r. (sygn. sprawy IV CR 550/90) władanie oznacza faktyczną dyspozycję przedmiotem władanym bez względu na stosunek prawny władającego do tego przedmiotu, a komornik przystępując do zajęcia nie jest zobowiązany, ani nawet uprawniony, do badania w jakim stosunku prawnym dłużnik pozostaje do ruchomości, a więc czy jest jej właścicielem, użytkownikiem, czy też posiada rzecz w imieniu osoby trzeciej. Takie rozumienie władania jest powszechnie przyjęte w doktrynie i orzecznictwie. Chociaż wyrok pochodzi sprzed prawie 25 lat, to pozostaje wciąż aktualny i jest przywoływany przez sądy (chociażby wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 19 marca 2014 r. w sprawie o sygn. VI ACa 1178/13)  oraz teoretyków prawa (np. Ereciński Tadeusz, Kodeks postępowania cywilnego. Komentarz. Część trzecia. Postępowanie egzekucyjne, wyd. III z 2009 r.).


Regułą jest, że jeżeli rzecz znajduje się w mieszkaniu dłużnika lub w innym zajmowanym przez niego miejscu (piwnicy, komórce, magazynie, podwórzu przydomowym itp.), to znajduje się w jego dyspozycji, stąd stwierdzenie takiego miejsca położenia rzeczy wystarczy do uznania dłużnika jako władającego w drodze domniemania faktycznego.


Tak samo jest w sytuacji gdy mieszkanie lub miejsce dłużnik zajmuje wspólnie z innymi osobami. Wspólne bowiem korzystanie z pomieszczeń łączy się, najczęściej ze wspólną dyspozycją znajdującymi się tam przedmiotami, a jeżeli w konkretnym wypadku jest inaczej, tj. jeżeli rzeczą włada wyłącznie osoba nie będąca dłużnikiem, organ egzekucyjny - nie prowadząc postępowania dowodowego - może to stwierdzić tylko w wypadkach szczególnych i oczywistych. Będzie tak m.in. wtedy, gdy dana rzecz ze swej istoty służyć może tylko osobie trzeciej w związku z wykonywanym zawodem, czy upodobaniami (np. sprzęt sportowy, instrumenty muzyczne itp.) lub wtedy, gdy wspólne z dłużnikiem zamieszkiwanie zaistniało w okolicznościach, które w sposób nie budzący wątpliwości wyłączają prawdopodobieństwo, by współwładał on przedmiotami znajdującymi się we wspólnym pomieszczeniu lub niektórymi z nich.


Powyższe wywody doprowadziły Sąd Najwyższy do konkluzji, która stanowi, iż "komornik może przyjąć, że jeżeli rzecz ruchoma znajduje się w mieszkaniu lub innym miejscu zajmowanym przez dłużnika wspólnie z osobami trzecimi, zwłaszcza z członkami rodziny, to - gdy nic innego nie wynika z charakteru rzeczy lub niewątpliwych szczególnych okoliczności - jest ona co najmniej we współwładaniu dłużnika, co już upoważnia komornika do jej zajęcia (art. 845 § 2 k.p.c.)".


Zatem, tłumaczenia względem komornika, że samochód, pieniądze, telewizor czy pralka nie są własnością dłużnika są bezcelowe, ponieważ gdy z okoliczności nie wynika nic innego jak to, że dłużnik włada danym przedmiotem, to komornik jest uprawniony do jego zajęcia, a następnie zlicytowania. Zgoda osoby trzeciej na zajęcie nie ma tutaj w ogóle znaczenia. 


Natomiast, w sytuacji której komornik zajął ruchomości dłużnika będące we władaniu osoby trzeciej i to pomimo braku jej zgody oraz mimo braku przyznania, że stanowią one własność dłużnika, to wtedy osoba trzecia może na dokonane zajęcie złożyć do sądu skargę na czynność komornika, wykazując, że zajęcie zostało dokonane z naruszeniem przepisów prawa procesowego, a mianowicie mimo sprzeciwu osoby trzeciej. Wówczas, jeżeli udowodni swoją rację, sąd nakaże zwolnienie spod zajęcia sporny przedmiot.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

16 maja 2015

Kradzież treści marketingowych w e-commerce

E-commerce (czyli handel elektroniczny) rozwija się bardzo prężnie, z roku na rok notując co raz większą wartość - już co drugi Polak robi zakupy w Internecie, a rynek wyceniany jest na ok. 30 mld złotych. Chociaż wielu wydaje się, że to łatwa praca, bo wszystko "sprzedaje się samo", to tak nie jest. Sprzedaż w Internecie wymaga co najmniej takiego samego zaangażowania jak sprzedaż w sklepie stacjonarnym. Niestety, wielu zaczynających, a nawet już długo obecnych na rynku e-sprzedawców postanawia obrać drogę na skróty i ułatwić sobie pracę.

Jeśli chcesz być z prawem na bieżąco, polub Sprawnie.com na Facebook'u.  
 
Kradzież materiałów w branży e-commerce nie jest rzadkością.

Wiadomo, że najważniejszą kwestią jest przedstawienie swojego produktu, tak aby znalazł jak najwięcej odbiorców. Wiele wysiłku sprzedawcy wkładają w zaprezentowanie swojego produktu, przedstawienie go w sposób atrakcyjny klientowi. W tym celu tworzą wyrafinowane opisy zachwalające zalety, prezentują znakomite fotografie, a nawet filmy. Przygotowanie dobrze skrojonej oferty to kosztowny i czasochłonny wysiłek. Co zatem zrobić, gdy inny sprzedawca bezczelnie ukradnie przygotowane treści ze strony internetowej, sklepu internetowego, czy chociażby aukcji Allegro? Jak bronić się przed takimi praktykami? Jak im przeciwdziałać? Jest parę możliwych opcji do wyboru. W tym artykule przedstawię niektóre z nich.


1. Zarzut czynu nieuczciwej konkurencji.
Omawiamy sytuację, w której sprzedawca - podmiot prowadzący działalność gospodarczą (forma prawna jest bez znaczenia, może to być zarówno osoba fizyczna-przedsiębiorca, jak i spółka akcyjna) wykorzystał bez zgody drugiego sprzedawcy jego materiały reklamowe. Zgodnie z art. 3 ust. 1 Ustawy z dnia 16 kwietnia 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji:
Czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.
W ustawie wymienione są poszczególne delikty, jakich może dopuścić się przedsiębiorca, ale zacytowany przepis stanowi klauzulę generalną, to znaczy, że każdy inny czyn, który nie został wprost opisany w ustawie, a spełnia powyższe przesłanki jest czynem nieuczciwej konkurencji. Abyśmy mogli mówić o czynie nieuczciwej konkurencji, muszą wystąpić jednocześnie następujące okoliczności:
  • oceniane zachowanie musi zostać dokonane w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą,
  • zachowanie musi być sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami,
  • zachowanie musi zagrażać lub naruszać interes innego przedsiębiorcy lub klienta.
Ustawa celowo w sposób mało precyzyjny sformułowała powyższy przepis używając takich słów jak "zagraża", czy "interes" po to, żeby przepis był elastyczny i mógł być stosowany w sytuacjach prawem nieprzewidzianych. Odnosząc te wywody do naszego przypadku, można śmiało stwierdzić, że kradzież i wykorzystanie opisów/zdjęć/filmów produktów stanowi czyn nieuczciwej konkurencji, ponieważ jest sprzeczne z dobrymi obyczajami i zagraża interesom przedsiębiorcy. Sprzeczność z dobrymi obyczajami wyczuwa się intuicyjnie - w końcu jest to wykorzystanie nieswojej pracy, przywłaszczenie i wykorzystanie cudzego trudu w celu osiągnięcia korzyści materialnej. Taki czyn w sposób oczywisty zagraża, a nawet może naruszyć interes innego sprzedawcy, ponieważ sprzedawca-złodziej nie ponosi kosztów przygotowania reklamy, zatem może zaproponować niższą cenę; przyczynia się do zwiększenia konkurencji oferując te same produkty opisane w ten sam sposób, a jeśli produkty były opisane w sposób oryginalny, to zabiera im cechę oryginalności i niepowtarzalności 


Chociaż zdania prawników są podzielone, to przyjmuje się taki pogląd, że zachowanie rodzące czyn nieuczciwej konkurencji może być zawinione, jak i niezawinione. To oznacza, że sprzedawca, który nieświadomie posługuje się nieswoimi materiałami może odpowiadać tak samo jak ten, który robi to umyślnie i z premedytacją.


Roszczenia pokrzywdzonego sprzedawcy. 
Ustawa przewiduje następujące żądania, które pokrzywdzony sprzedawca może skierować do tego, który dopuścił się nieuczciwej konkurencji:
  • zaniechania niedozwolonych działań;
  • usunięcia skutków niedozwolonych działań;
  • złożenia jednokrotnego lub wielokrotnego oświadczenia odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie;
  • naprawienia wyrządzonej szkody, na zasadach ogólnych;
  • wydania bezpodstawnie uzyskanych korzyści, na zasadach ogólnych;
  • zasądzenia odpowiedniej sumy pieniężnej na określony cel społeczny związany ze wspieraniem kultury polskiej lub ochroną dziedzictwa narodowego - jeżeli czyn nieuczciwej konkurencji był zawiniony;
  • zniszczenie lub zaliczenie na poczet odszkodowania produktów, opakowań, materiałów promocyjnych itp.
Pokrzywdzony przedsiębiorca jest na faworyzowanej pozycji, ponieważ w procesie sądowym, prawdziwość oznaczeń lub informacji umieszczanych na towarach albo ich opakowaniach lub wypowiedzi zawartych w reklamie musi udowodnić osoba, której zarzuca się popełnienie czynu nieuczciwej konkurencji. To ona musi podjąć aktywne działania, aby uwolnić się od stawianych zarzutów.


Roszczenia z tytułu czynów nieuczciwej konkurencji ulegają przedawnieniu z upływem lat trzech. Bieg przedawnienia rozpoczyna się oddzielnie co do każdego naruszenia.

Prawo szeroko chroni internetowych sprzedawców.

2. Naruszenie prawa autorskiego.
Przy spełnieniu przez nasze materiały reklamowe pewnych cech, mogą mieć zastosowanie przepisy Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgodnie z art. 1 ust. 1 tejże ustawy:
Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).
Nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły, opiszę na czym polega naruszenie prawa autorskiego przy kradzieży treści reklamowych. Otóż, jeśli opis/zdjęcie/film/inny materiał przedstawiający sprzedawany przedmiot/usługę:
  • został wytworzony przez człowieka,
  • stanowi przejaw działalności twórczej,
  • ma indywidualny charakter, 
to można uznać go za utwór w rozumieniu prawa autorskiego i przyznać mu ochronę prawną. Zatem, jeśli np. zdjęcie przedstawiające produkt zostało wykonane w sposób autorski, przy wykorzystaniu choć odrobinę inwencji twórczej albo w odpowiedni sposób zmodyfikowane, to jest traktowane jako utwór autorski. To samo dotyczy np. opisu przedmiotu sprzedaży - jeśli jest wyszukany, unikatowy, wyróżniający się, to będzie chroniony. Jednakże, jeśli zrobiliśmy zwykłe zdjęcie lub podaliśmy podstawowe cechy towaru, to nikt nie uzna tego za utwór i skopiowanie takich treści oraz ich wykorzystanie będzie bezkarne.


Co raz więcej sprzedawców stara się tworzyć własne treści reklamowe zatrudniając fotografów, modelki, copywriterów, czy tworzy filmiki prezentujące ich towary. Tak więc, prawo autorskie w e-commerce zaczyna odgrywać znaczącą rolę i wszystko zmierza ku temu, że będzie co raz częściej chroniło przed nieuprawnionym użyciem naszych treści. Jakie roszczenia przyznaje prawo autorskie okradzionemu sprzedawcy? Skupię się na majątkowych prawach autorskich, zatem zgodnie z art. 17 ustawy:
Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, twórcy przysługuje wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu.
Sprzedawca-twórca jest jedynym upoważnionym do używania swoich treści. Jeśli sprzedawca zlecił osobie trzeciej wykonanie materiałów, to powinien zawrzeć z nią umowę o przeniesienie majątkowych praw autorskich, inaczej może mieć kłopoty z wykorzystywaniem tych treści.


W przypadku, gdy dojdzie do naruszenia majątkowych praw autorskich, sprzedawca może żądać od naruszyciela:
  • zaniechania naruszania;
  • usunięcia skutków naruszenia;
  • naprawienia wyrządzonej szkody na zasadach ogólnych albo poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej dwukrotności, a w przypadku gdy naruszenie jest zawinione - trzykrotności stosownego wynagrodzenia, które w chwili jego dochodzenia byłoby należne tytułem udzielenia przez uprawnionego zgody na korzystanie z utworu;
  • wydania uzyskanych korzyści;
  • jednokrotnego albo wielokrotnego ogłoszenia w prasie oświadczenia odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie lub podania do publicznej wiadomości części albo całości orzeczenia sądu wydanego w rozpatrywanej sprawie, w sposób i w zakresie określonym przez sąd;
  • zapłaty przez osobę, która naruszyła autorskie prawa majątkowe, odpowiedniej sumy pieniężnej, nie niższej niż dwukrotna wysokość uprawdopodobnionych korzyści odniesionych przez sprawcę z dokonanego naruszenia, na rzecz Funduszu Promocji Twórczości, gdy naruszenie jest zawinione i zostało dokonane w ramach działalności gospodarczej wykonywanej w cudzym albo we własnym imieniu, choćby na cudzy rachunek;
  • sąd może również orzec o wycofaniu z obrotu bezprawnie wytworzonych przedmiotów oraz środków i materiałów użytych do ich wytworzenia, przyznaniu ich uprawnionemu na poczet należnego odszkodowania lub ich zniszczeniu
Jak widać, ustawa daje dość spory wachlarz możliwości.Warto wspomnieć, że przewiduje również przepisy karne za naruszenie praw autorskich, ale moim zdaniem bardziej interesujące i korzystniejsze jest pociągnięcie do odpowiedzialności cywilnej.


Podsumowanie.
W sytuacji, której dowiesz się, że zostałeś okradziony z Twoich materiałów reklamowych - nieważne w jakiej byłyby postaci - musisz szybko i sprawnie zareagować. Skontaktuj się telefonicznie z naruszycielem i poinformuj go o tym, że naruszył Twoje prawa, co może przynieść mu przykre konsekwencje, w tym majątkowe. Dla pewności i dla ewentualnego późniejszego dochodzenia roszczeń, wyślij mu pisemne wezwanie do zaprzestania naruszania Twoich praw, najlepiej za potwierdzeniem odbioru - będziesz miał silny dowód na wypadek postępowania sądowego lub polubownego. Możesz już na tym etapie sformułować swoje roszczenia majątkowe. Jeśli takie działania nie przyniosą oczekiwanych skutków, czyli naruszyciel dalej będzie posługiwał się Twoimi materiałami, to nie pozostaje Ci nic innego, jak wystąpić przeciwko niemu na drogę sądową. 


Pozaprawne sposoby zabezpieczenia materiałów reklamowych.
Rozmawiając ze sprzedawcami, dowiedziałem się, że działają oni prewencyjne przeciwko kradzieży swoich materiałów, np. poprzez umieszczanie znaków wodnych na zdjęciach produktów. Znak wodny przedstawia ich logo, nazwę sklepu albo adres strony www. Jednakże, niektórzy twierdzili, że nawet takie zabezpieczenie nie jest skuteczne, ponieważ znak wodny można zdjąć, a co bardziej zuchwali złodzieje używali zdjęć ze znakami... Inni, gdy dowiedzieli się o kradzieży ich zdjęć z serwera, dokonywali podmiany zdjęć na serwerze na, powiedzmy... mniej reprezentatywne :-).

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

6 maja 2015

Droit de suite - co to jest?


Droit de suite [wym.: drua de suit], chociaż jest to instytucja prawna znana w Polsce, to na próżno szukać jej legalnej definicji w Ustawie z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. W takim razie, jak ją rozumieć, stosować i co to w ogóle jest? Jak wskazuje Dorota Sokołowska w "Prawo twórcy do wynagrodzenia w prawie autorskim", jest to, cytuję "uprawnienie do udziału w dochodach osoby sprzedającej oryginalny egzemplarz utworu, ustanowione na rzecz twórcy i jego spadkobierców".

Dla uściślenia powyższej doktrynalnej definicji warto jeszcze, zanim przejdziemy do konkretów, przywołać jak droit de suit rozumiane jest w prawie unijnym, tj. w Dyrektywie 2001/84/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 27 września 2001 r. w sprawie prawa autora do wynagrodzenia z tytułu odsprzedaży oryginalnego egzemplarza dzieła sztuki. Artykuł 1 ust. 1 Dyrektywy stanowi:
Państwa Członkowskie ustanawiają prawo autora do wynagrodzenia z tytułu odsprzedaży oryginalnego dzieła sztuki, określone jako prawo niezbywalne, którego nie można się zrzec, nawet z góry, do otrzymania honorarium autorskiego opartego na cenie sprzedaży uzyskanej z każdej odsprzedaży dzieła, następującej po pierwszym rozporządzeniu dziełem przez autora.

Podsumowując, droit de suite, to nic innego jak uprawnienie twórcy (lub jego spadkobierców), do partycypowania w zyskach, jakie odnosi właściciel egzemplarza dzieła przy jego odsprzedaży. Dla przykładu - początkujący artysta malarz sprzedaje swoje pierwsze obrazy za bardzo małe pieniądze, ale w niedługim czasie jego kariera nabiera szybkiego tempa i następne prace sprzedaje wielokrotnie drożej, przy czym największą wartość artystyczną (i rynkową) mają właśnie pierwsze prace. Prawo uznaje, że artyście należy się udział w cenie obrazów sprzedawanych za znaczne sumy, ponieważ te obrazy zawierają w sobie jakby cząstkę jego talentu, są wytworem jego geniuszu. Czyli, artysta tak jakby podąża za swoim obrazem i ciągle łączy go z nim więź, która przynosi mu zyski.


Jest bardzo ważny warunek, który musi zostać spełniony, abyśmy mogli mówić o droit de suit. Mianowicie, dalsza odsprzedaż obrazu musi mieć charakter zawodowy. Odsprzedażą zawodową są wszystkie czynności o charakterze odsprzedaży dokonywane, w ramach prowadzonej działalności, przez sprzedawców, kupujących, pośredników oraz inne podmioty zawodowo zajmujące się handlem dziełami sztuki lub rękopisami utworów literackich i muzycznych. Zatem, jeśli obraz sprzeda ciotka-emerytka obdarowana przez swojego siostrzeńca artystę, to ten nie będzie mógł dopominać się o swoją część zapłaty.


Co więcej, droit de suite dotyczy wyłącznie odsprzedaży oryginalnego egzemplarza danego dzieła, to znaczy:
  1. egzemplarza wykonanego osobiście przez twórcę albo
  2. kopii uznanych za oryginalne egzemplarze utworu, jeżeli zostały wykonane osobiście, w ograniczonej ilości, przez twórcę lub pod jego nadzorem, ponumerowane, podpisane lub w inny sposób przez niego oznaczone.
Przejdźmy do tego co najważniejsze, czyli wynagrodzenia, jakie przysługuje autorowi lub jego spadkobiercom. W przypadku egzemplarzy utworu plastycznego lub fotograficznego, ww. przysługuje prawo do wynagrodzenia stanowiącego sumę poniższych stawek:
1) 5 % części ceny sprzedaży, jeżeli ta część jest zawarta w przedziale do równowartości 50.000 euro, oraz
2) 3 % części ceny sprzedaży, jeżeli ta część jest zawarta w przedziale od równowartości 50.000,01 euro do równowartości 200.000 euro, oraz
3) 1 % części ceny sprzedaży, jeżeli ta część jest zawarta w przedziale od równowartości 200.000,01 euro do równowartości 350.000 euro, oraz
4) 0,5 % części ceny sprzedaży, jeżeli ta część jest zawarta w przedziale od równowartości 350.000,01 euro do równowartości 500.000 euro, oraz
5) 0,25 % części ceny sprzedaży, jeżeli ta część jest zawarta w przedziale przekraczającym równowartość 500.000 euro.
 
Niestety, prawo przewiduje ograniczenia, a mianowicie wynagrodzenie nie może być wyższe niż równowartość 12.500 euro, a utwór nie może być sprzedany za cenę niższą niż równowartość 100 euro.


Przy odsprzedaży rękopisów utworów literackich i muzycznych twórcy i jego spadkobiercom przysługuje prawo do wynagrodzenia w wysokości 5 % ceny.


Obowiązanym do zapłaty wynagrodzenia z tytułu droit de suite jest sprzedawca dzieła, a żeby nie mógł oszukać artysty, to ten może żądać od niego udzielenia informacji oraz udostępnienia dokumentów niezbędnych do określenia należnego wynagrodzenia z tytułu odsprzedaży swojego dzieła.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

23 kwietnia 2015

5 (groźnych?) rzeczy, które Facebook może względem Ciebie

Liczba użytkowników Facebook'a już dawno przekroczyła 1 MILIARD... to oznacza, że Facebook stworzył populację, która liczbą dorównuje populacji całego kontynentu Afryki. Miesięcznie użytkownicy dzielą się około miliardem zdjęć i 10 milionami filmików. Każdy z użytkowników, rejestrując się w tym serwisie zawarł swoistą umowę, która go wiążę i oddziałuje na jego prywatność. Nie będę rozpisywał się o wadach i zaletach Facebook'a, sam z niego korzystam i nie potrafiłbym raczej z tego zrezygnować. Świadomie poddaję się warunkom, na jakich serwis pozwala z niego korzystać i przyjmuję to z całym dobrodziejstwem, ale i zagrożeniami (?). Jestem pewien, że 99% z Was nie przeczytała regulaminu przed założeniem konta, ani nigdy później. Przyznaję, że ja też... zrobiłem to dopiero niedawno i chciałbym się z Wami podzielić kilkoma rzeczami, o których powinniście wiedzieć. 

Nie chcę Was straszyć ani zniechęcać, jedynie uświadomić w pewnych kwestiach.

Facebook daje dużo możliwości, ale w zanian dużo od nas wymaga

  • 1. Bezpowrotne udostępnianie swoich treści.
"...użytkownik przyznaje nam niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich treści objętych prawem własności intelektualnej publikowanych przez niego w ramach serwisu Facebook lub w związku z nim..." 
Powyższe postanowienie oznacza, że każdy przejaw Twojej twórczości, którym publicznie podzielisz się na Facebook'u przestaje być Twój i pozwalasz Facebook'owi na korzystanie z niego wręcz w sposób nieograniczony. Od chwili wrzucenia zdjęcia na ścianę, czy swojego nagrania, tracisz kontrolę nad utworem, co więcej nie masz żadnych roszczeń majątkowych. Zatem, jeśli jesteś fotografem lub muzykiem, zastanów się nad podzieleniem się swoją pracą na Facebook'u, ponieważ rozporządzasz nią bezpowrotnie.

Właśnie... bezpowrotnie. 
"Licencja IP (tj. Intellectual property - własność intelektualna) wygasa wraz z usunięciem przez użytkownika treści objętych prawami własności intelektualnej lub konta, o ile treści te nie zostały udostępnione innym osobom, które ich nie usunęły"
Zatem, jeśli usuniesz konto, ale ktoś wcześniej np. udostępnił Twój post albo go skopiował i wkleił na swojej ścianie, to i tak udzieliłeś licencji Facebookowi. A nawet, gdy utwór nie został przekazany dalej, to i tak pozostaje w archiwum Facebook'a, ponieważ:
"Usunięcie treści objętych prawem własności intelektualnej odbywa się w sposób podobny do opróżnienia kosza na komputerze. Użytkownik przyjmuje jednak do wiadomości, że kopia zapasowa usuniętych treści może być przechowywana przez uzasadniony okres czasu (ale nie będzie dostępna dla innych)" 

  • 2. Gromadzenie Twoich informacji.
Jeśli wydaje Ci się, że godziny spędzone na przewijaniu ściany, klikaniu lajków, graniu czy zabawie w aplikacjach są bezproduktywne, to wiedz, że nie dla Facebook'a. Serwis zbiera WSZYSTKIE Twoje zachowania - kliknięcia, polubienia, czas spędzony na stronach, wpisywane dane, przeglądane profile, odwiedzone linki, pobrane aplikacje, wymieniane wiadomości, aktywność na grupach i fanpage'ach... wszystko co zrobiłeś na stronie oraz poza serwisem przy użyciu Facebook'owych guzików. Oczywiście, służy to do celów marketingowych, Facebook handluje zbieranymi informacjami, tak aby reklamodawcy mogli trafić z jak najlepiej dobraną ofertą do Ciebie. Zauważyłeś, że Facebook proponuje Ci polubienie stron, wiadomości i reklamy, które mają związek z Twoimi zainteresowaniami?

Co więcej, Facebook zbiera o Tobie informacje również pośrednio, np. gdy ktoś udostępnia Twoje treści, oznacza Cię na zdjęciach/w postach, a nawet gdy wysyła do Ciebie wiadomości.

Jeśli dokonujesz płatności za pośrednictwem FB, to dajesz mu "dane o płatnościach, np. numery i inne dane kart kredytowych lub debetowych, dane kont i informacje przesyłane przy uwierzytelnianiu transakcji; informacje rozliczeniowe, dane odbiorców przesyłek i dane kontaktowe".

Portal zbiera nawet informacje o tym, z jakich urządzeń korzystasz, łącznie z programem operacyjnym, danymi technicznymi komputera czy innego sprzętu, a nawet potrafi odczytać dane o stanie baterii, sile sygnału, o tym jak się łączysz z Internetem.

Facebook nie ukrywa tego, co o nas zbiera, ale prawie nikt się tym nie interesuje... Wszystko jest napisane tutaj https://www.facebook.com/about/privacy/
 
  • 3. Sprzedaż Twoich informacji reklamodawcom.
Wspomniałem o tym wyżej, regulamin w tej kwestii mówi tak:
"Użytkownik zezwala nam na używanie swojego imienia i nazwiska, zdjęcia profilowego, treści i informacji w połączeniu z udostępnianymi lub ulepszanymi przez nas treściami komercyjnymi, sponsorowanymi lub podobnymi (takimi jak marki, które użytkownik lubi)"
Wskazuje nawet przykład wykorzystania naszych danych:
"Przykładowo oznacza to, że użytkownik zezwala firmie lub innemu podmiotowi na płacenie nam za wyświetlanie jego imienia i nazwiska i/lub zdjęcia profilowego wraz z treściami i informacjami bez wypłaty wynagrodzenia użytkownikowi"

Wobec tego, może się okazać, że właśnie w tym momencie swoją twarzą reklamujesz proszek do prania na drugim końcu świata.
 
Facebook dyktuje warunki

  • 4. Z góry ustalona właściwość miejscowa sądu.
"Użytkownik jest zobowiązany do rozwiązywania wszelkich roszczeń, podstaw powództwa lub sporów (roszczenia) w stosunku do nas dotyczących niniejszego Oświadczenia lub serwisu Facebook wyłącznie w sądzie okręgowym Północnego Dystryktu Kalifornii lub w sądzie stanowym hrabstwa San Mateo. Użytkownik zgadza się podlegać jurysdykcji tych sądów w zakresie rozstrzygania wszelkich sporów tego typu. Zapisy niniejszego Oświadczenia oraz wszelkie spory pomiędzy serwisem a użytkownikiem podlegają przepisom prawa stanu Kalifornia, bez względu na przepisy prawa kolizyjnego"
W sumie to powyższe postanowienie regulaminu jest oczywiste, przecież Mark Zuckerberg nie będzie latał po cały świecie, gdy któremuś z użytkowników odwidzi się respektowanie przepisów regulaminu lub zażąda wynagrodzenia za udział w reklamie swojej osoby.

  • 5. Facebook nie ponosi odpowiedzialności za umieszczane przez nas treści.
Na sam koniec, po tym jak Facebook zlustrował nasze potrzeby, pragnienia, przejął naszą twórczość i następnie wszystko to zmonetyzował, umywa rączki od jakiejkolwiek odpowiedzialności prawnej za to, co dzieje się na jego stronach.
"W przypadku zgłoszenia przez kogokolwiek roszczeń wobec nas w związku z działaniami, treściami lub informacjami opublikowanymi na Facebooku przez użytkownika, użytkownik zwalnia nas z wszelkiej odpowiedzialności oraz zobowiązuje się zabezpieczyć nas przed stratami wynikającymi z odszkodowań, strat i wydatków jakiegokolwiek rodzaju (w tym uzasadnionych opłat i kosztów prawnych) dotyczących takiego roszczenia"
Jest to oczywiste, nie da się zapanować nad milionami użytkowników produkującymi dziennie gigabajty informacji. Zatem pamiętaj, że każdy z nas ponosi odpowiedzialność za to co umieszcza na ścianie i jeśli kogoś obrazisz, a ta osoba będzie chciała dochodzić sprawiedliwości, to przyjdzie do Ciebie, a nie do Facebook'a. 


Nie chciałem Cię nastraszyć, czy namówić do bojkotu Facebook'a. Sam jestem zwolennikiem tego serwisu, korzystam z niego codziennie i uważam, że daje bardzo dużo korzyści. Co więcej, z zainteresowaniem śledzę dążenie do realizacji marzeń i planów przez Marka Zuckerberga. Ten człowiek chce dać Internet wszystkim ludziom na świecie. Pewnie, że nie robi tego bezinteresownie, bo dzięki temu będzie mógł dotrzeć z zindywidualizowaną reklamą do każdego odbiorcy na Ziemi. Pamiętaj, że to w jaki sposób korzystamy z Internetu i Facebook'a, zależy tylko od nas... a właściwie od tego co lajkujemy.

Jedni dają bardzo dużo siebie, a inni czerpią garściami od tych co dają. Najwspanialsze w Facebook'u jest to, że sam jesteś kreatorem informacji, które do Ciebie trafiają. Nie chcesz czytać czyichś zwierzeń - blokujesz jego posty. Interesujesz się tenisem, wegetarianizmem, wojną koreańską - lajkujesz odpowiednie strony i zapisujesz się do grup dyskusyjnych.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem. Kontakt do mnie.

Przeczytaj również:

19 kwietnia 2015

Jak sprzedać własny obraz, utwór, czy pierwsze dzieło sztuki - 5 prostych zasad

Jak sprzedać własny obraz, utwór, czy pierwsze dzieło sztuki - 5 prostych zasad


Jesteś artystą, początkującym artystą, który pędzle i płótno kupuje za pieniądze otrzymane od rodziców lub wypracowane nocami za barem w klubie. Swoje prace próbujesz zaprezentować światu, starasz się, żeby ktoś Cię zauważył i docenił Twój trud, ale przede wszystkim wielki talent, który w sobie tak pielęgnujesz i rozwijasz. I oto pojawia się Twój pierwszy kupiec. Zapewne w przypływie euforii i samozadowolenia umknie Ci kilka istotnych kwestii związanych z prawniczymi aspektami sprzedaży swojej twórczości, dlatego warto abyś zawczasu poznał kilka cennych wskazówek, które w przyszłości pomogą Ci uniknąć gorzkiego zawodu. 

Przeczytaj również Podatki dla artystów - wprowadzenie

Niestety, twórcy na początku swojej kariery stoją w gorszej pozycji w stosunku do kupujących, doświadczonych znawców sztuki i branży, przez co idą na znaczne ustępstwa lub też zwyczajnie nie znają prawa, które mogłoby ich chronić... chociaż przypadek A. Sapkowskiego pokazuje, że doświadczeni twórcy również mają kłopoty w tym temacie. 

Jeśli chcesz być z prawem na bieżąco, polub Sprawnie.com na Facebook'u. 
Jak sprzedać swoje obrazy
Sprzedaż własnych dzieł sztuki to wielkie przeżycie, które warto zabezpieczyć prawnie.

Sprzedaż egzemplarza a sprzedaż praw

Przede wszystkim należy odróżnić sprzedaż egzemplarza dzieła sztuki od sprzedaży praw autorskich do utworu. W przypadku sprzedaży egzemplarza, po prostu przenosisz własność fizycznej postaci wytworu swojego talentu. Na przykładzie obrazu, sprzedajesz obraz jako obraz i nabywca może zrobić z nim co chce - powiesić w domu, schować w garażu, odsprzedać dalej, ale nie może wykorzystywać obrazu do np. reprodukcji, sprzedaży plakatów/pocztówek, wykorzystywać do reklamy itp. Sprzedaż egzemplarza dzieła nie wywołuje znaczących skutków prawnych, jest zwykłą umową sprzedaży - Ty masz obowiązek wydać swoje dzieło, a kupujący zapłacić cenę. Tak jakbyś sprzedawał płytę winylową ze swojej kolekcji. Jeżeli natomiast okaże się, że kupujący nadużywa Twoich majątkowych praw autorskich, np. kopiując i sprzedając reprodukcje, możesz wystosować przeciwko niemu stosowne roszczenia i dochodzić ochrony swoich praw oraz należności.

Natomiast, jeśli dokonujesz przeniesienia autorskich praw majątkowych, to mówiąc obrazowo, pozwalasz na wykorzystywanie Twojej pracy przez nabywcę, najczęściej do jego celów zarobkowych. W przypadku np. utworu muzycznego, taki utwór będzie mógł zostać wykorzystany w reklamie, a w przypadku wiersza, będzie mógł zostać opublikowany przez osobę trzecią, ale pod Twoim nazwiskiem. Sprzedaż praw majątkowych może mieć charakter całkowity - pozbywasz się całości swoich praw i od tej pory o wykorzystaniu dzieła decyduje nabywca i to on będzie pobierał z tego tytułu pożytki - albo może mieć formę licencji.

Licencja jest najczęściej spotykaną formą przeniesienia praw, ponieważ jest korzystna dla obu stron. Twórca nie pozbywa się definitywnie praw majątkowych, a w dodatku czerpie z zyski z licencji. A nabywca licencji może korzystać z dzieła w zakreślonym obszarze i również na tym zarabia. Licencja może mieć różne formy - wyłączna/niewyłączna (przysługuje tylko jednej osobie lub wielu), terminowa/bezterminowa, odpłatna/nieodpłatna, terytorialna/nieograniczona terytorialnie itd. 

Zasady sprzedaży sztuki

Ciężko jest przygotować kompleksowy poradnik, ponieważ właściwie każda transakcja ma swoje specyficzne warunki. Istnieją pewne ogólnikowe kwestie, na które zawsze należy zwracać uwagę, dlatego postaram się je opisać w kilku prostych zdaniach. Nie będę silił się na prawnicze wywody, a jedynie w przystępny sposób opiszę, na co zwracać uwagę.
  1. Umowa przenosząca majątkowe prawa autorskie musi zostać zawarta w formie pisemnej
    Jest to zasada ustawowa, której niedopełnienie wywoła bardzo negatywne skutki. Jeśli umowa zostanie zawarta ustnie albo mailowo, to będzie NIEWAŻNA. To oznacza, że umowa nie wywoła żadnych skutków, a osoby, które zawarły umowę będą musiały zwrócić wzajemne świadczenia. Najgorsza sytuacja będzie, kiedy fakt nieważności wyjdzie na jaw na długo po "zawarciu" umowy. Wówczas skutki mogą być naprawdę daleko idące. 
  2. Precyzyjnie określ cenę sprzedawanego dzieła.
    Kwestia, która powinna Cię najbardziej interesować. Co prawda, jeśli umowa nie zawiera ceny, to nie oznacza z automatu, że obraz podarowałeś bezpłatnie, ponieważ prawo przyjmuje domniemanie wynagrodzenie za przeniesienie praw. Jednakże, zawsze warto określić ją jednoznacznie, np. kwotą i walutą, tak aby w razie braku zapłaty lub problemów z ustaleniem wynagrodzenia nie było żadnych wątpliwości.
    Przykład: sprzedajesz kupcowi z USA obraz i w umowie widnieje cena "1.000 dolarów, płatne do 1 grudnia 2019 r." Otrzymujesz od kupca w określonej dacie przekaz pieniężny, a tu 1.000 dolarów kanadyjskich! Okazało się, że kupiec mieszka w Kanadzie, a pracuje w USA... I co teraz?
  3. Precyzyjnie określ przedmiot sprzedaży.
    Czym innym jest sprzedaż majątkowych praw autorskich do obrazu, a czym innym sprzedaż egzemplarza tego obrazu - o czym wspominałem już powyżej. Rozdział między sferą prawną a materialną utworu autorskiego, to temat rzeka, dlatego tylko sygnalizuję, abyś dokładnie w umowie opisał, czy kupujący nabywa obraz, czy obraz wraz z wszystkimi prawami majątkowymi do niego, czy może jedynie licencję na korzystanie do wybranych celów. Sprzedaż egzemplarza może nie wymagać nawet umowy pisemnej - wymieniasz pieniądze za obraz. Istotną kwestią jest również, czy obraz już istnieje, czy dopiero ma zostać stworzony, gdyż jeśli tak, to umowa będzie umową o dzieło i powinno zostać jak najściślej określone dzieło, które ma powstać oraz możliwość ingerencji (lub zupełny jego brak) zamawiającego w proces twórczy dzieła. Umowa o dzieło może zawierać przeniesienie praw majątkowych.
  4. Unormuj przyszłość.
    Umowa, którą zawierasz nie wywoła skutków tylko „tu i teraz”, ale może regulować dużo kwestii związanych z obrazem oraz Twoimi uprawnieniami do niego na przyszłość. Chociażby kwestię żądania zapłaty wynagrodzenia na przyszłość, jeśli okaże się, że Twój obraz zyska na popularności i znaczeniu. Zwłaszcza w przypadku udzielania licencji wyłącznej, czyli jednemu tylko podmiotowi, warto przemyśleć kwestie przyszłości dzieła, bowiem powierzamy je w cudze ręce. Intencje drugiej strony nie zawsze muszą być dobre.
  5. Zachowaj trzeźwość umysłu i co najmniej dwa razy przeczytaj umowę.
    To jest chyba najważniejsza zasada, zwłaszcza jeśli nie Ty sporządziłeś umowę. Przeczytaj dokładnie wszystkie postanowienia umowy, nawet gdyby miała 10 stron i nie podpisuj jej, gdy masz jakieś wątpliwości lub czegoś nie rozumiesz. Poproś o wyjaśnienia drugą stronę, lub daj prawnikowi umowę do konsultacji. Konsekwencje prawne mogą być naprawdę trudne do przewidzenia, a niestety wątpię, abyś miał takich prawników, jak A. Sapkowski.

Nie możesz traktować powyższych porad jako kompleksowej porady prawnej w kwestii sporządzania czy zawierania umów związanych z prawami autorskimi. Chciałem Ci przedstawić - moim zdaniem - istotne kwestie, które musisz wziąć pod uwagę jeśli masz zamiar sprzedawać swoje prace. Przede wszystkim jednak chciałem Ci uzmysłowić, że musisz być świadomy swoich praw, ale i obowiązków, jeśli masz zamiar brać czynny udział w obrocie prawnym i gospodarczym związanym ze swoimi pracami. Sprzedawanie własnej sztuki to wielka satysfakcja, ale również odpowiedzialność.

Jeżeli potrzebujesz pomocy - skontaktuj się ze mną i opisz swój problem, e-mail: p.terpilowski@ptkrp.pl, tel.: 668 199 698. Kontakt do mnie.  
 

 
A jeżeli potrzebujesz wzoru umowy sprzedaży swojego dzieła sztuki, to możesz skorzystać z mojego wzoru, który został już zakupiony przez wielu artystów i sprawdzony w różnych transakcjach. Wzór kosztuje 100 zł, zawiera dwie strony A4, jest prosty w uzupełnieniu i może służyć wielu transakcjom i różnego rodzaju dziełom sztuki. Umowa nie dotyczy praw autorskich, polega tylko na sprzedaniu egzemplarza dzieła. Link do zakupu wzoru - LINK DO SKLEPU
 
Jeżeli czujesz się zagubiony w podatkowych i prawniczych meandrach działalności artystycznej, to skorzystaj z mojego szkolenia "Prawo i podatki dla artystów". To szkolenie da Ci wiedzę potrzebną do bezpiecznego udziału w obrocie na rynku sztuki. Szczegóły na temat szkolenia przeczytasz tutaj - Szkolenie "Prawo i podatki dla artystów" 

Szkolenie Prawo i podatki dla artystów



Dla utrwalenia najważniejszych zasad przedstawiam je raz jeszcze w obrazowej formie:

Jak sprzedać swoje dzieło sztuki


Przeczytaj również: